Dzień nr 24-30

Nadmorski reset, czyli jak trzydniowy wyjazd wywrócił plan do góry nogami (i bardzo dobrze!)

Moi drodzy, końcówka mojego 30-dniowego wyzwania rozjechała się całkowicie! Dominacja wyjazdu nad morze przewróciła wszystko do góry nogami. Dawno nigdzie nie wyjeżdżałam i nie wiedziałam, że tyle czasu potrzebuję na pakowanie, organizację i wszystkie te rzeczy. Z racji tego, że na wyjeździe nie miała czasu na codzienne robienie zdjęć posiłków, postanowiłam połączyć te ostatnie dni w jedno zbiorcze podsumowanie.

Środa i czwartek: logistyka, pakowanie i domowe zapasy

Środa (dzień pakowania): Rano zjadłam przygotowaną wcześniej owsiankę na zimno z lodówki z truskawkami, orzeszkami i nasionkami chia – pyszna i bez straty czasu rano. Na obiad uratowały mnie pierogi ruskie od kochanej teściowej z zamrażarki, które tylko podsmażyłam na patelni. Na kolację zjadłam błyskawiczne kanapki z serkiem, łososiem i kiełkami.
Czwartek: Też owsianka, tylko dołożyłam do niej banana i truskawki. Na obiad ugotowałam komosę ryżową, upiekłam kawałek łososia i wykorzystałam małe marchewki z lodówki. Kolacja to ekspresowe kanapki z żółtym serem, pomidorkami i kiełkami.
Piątek: kierunek Morze Bałtyckie!

Rano zjadłam tylko mały skyr, bo w ferworze pakowania ostatków zupełnie nie myślałam o jedzeniu – najważniejsze było wyruszyć wcześniej, żeby zdążyć na konkretną godzinę (byliśmy uzależnieni od wyjazdu męża, który musiał stawić się w hotelu o wyznaczonej porze). Droga przebiegła bezproblemowo, choć jak to w podróży, zaczęło się od jedzenia na stacji: zjadłam kawałek ciasta marchewkowego i kupiłam w miarę sensowną kanapkę z ciemnego pieczywa.

Postanowiłam, że przez te trzy dni (piątek–niedziela) nie będę skupiać się na diecie, bo takie wyjazdy nie zdarzają się często, więc zdałam się na los. A na kolację po powrocie – już po pierwszym spacerze nad morzem – zjadłyśmy z córką w hotelu hot dogi z Żabki. Dawno nie jadłam nic, co smakowałoby mi tak wspaniale!

Nad morzem nie byłam naprawdę nie pamiętam ile lat, więc czułam się jak dziecko. W piątek wieczorem wyszłyśmy na plażę – pogoda była słaba, nie było zachodu słońca, ale ten szum fal, pływające statki, piasek i ludzie zrobiły na mnie fantastyczne wrażenie. Nacieszyłam głowę i oczy tak bardzo, że aż chce mi się robić wszystko jeszcze bardziej niż do tej pory.

Sobota: Sopot, Gdynia, szprotki i wszystkie cztery pory roku

Zrobiliśmy sobie objazdówkę, pojechaliśmy do Sopotu i Gdyni zobaczyć Neptuna oraz zatokę. Pogoda była strasznie zmienna: wywiało nas okrutnie, zmokłyśmy  cztery razy, bo deszcz i wiatr pojawiały się znienacka. Chwilę było bardzo ciepło w słońcu, a za chwilę robiło się zimno – zaliczyliśmy niemal wszystkie cztery pory roku! Przez wiatr i zmęczenie nie udało mi się już wieczorem wyjść na plaże, żeby zobaczyć zachód słońca nad morzem – skończyłyśmy z córką w łóżku przed telewizorem w babskim gronie.

W porze obiadowej zjadłam coś, co wszyscy mi polecali i na co strasznie czekałam: kultowe smażone szprotki. Fantastyczna sprawa, posolone, z cytrynką – coś wspaniałego! Zjadłam jeden kubeczek i byłam w zupełności najedzona. Wieczorem obciążyły mi żołądek, więc kolacji już nie jadłam, ale na batoniki i ptasie mleczko znalazło się miejsce i smakowały wybornie.

Warto dodać, że w tę podróż zabraliśmy naszego psa, Leosia – był nad morze pierwszy raz, tak samo jak pierwszy raz chodził po piasku! Było to momentami uciążliwe, bo w dużych skupiskach ludzi trzeba było go nosić na rękach, żeby nie został zdeptany, co utrudniało robienie zdjęć i pilnowanie go jednocześnie. Ale dałam radę i nie żałuję, bo dla niego to też była fajna wycieczka, nowe doświadczenie i mnóstwo nowych zapachów do wąchania. Polecam wyjazdy z pieskiem!

Niedziela: karczma w Kielnie i powrót do domu

Rano na stołówce powtórka z soboty: sałatka jarzynowa, serek, pomidorek. Na obiad zdecydowaliśmy się zboczyć z trasy o 20 km i zjeść w niesamowicie polecanej karczmie w miejscowości Kielno (koło Gdańska). To był absolutny hit! Zamówiłam pierogi z dziczyzną w sosie kurkowym – fenomenalne, dawno nie jadłam nic tak dobrego, a do tego mój absolutny debiut z dziczyzną. Mąż zamówił schabowego z dzika, więc też spróbowałam. Jedzenie absolutnie warte polecenia! Wieczorem, po powrocie, nic już nie jadłam, tylko skupiłam się na rozpakowywaniu, bo po podróży żołądek był jeszcze pełny.

W drodze powrotnej wstąpiliśmy jeszcze do centrum Gdańska na starówkę, żeby popatrzeć na te osławione, piękne elewacje kamieniczek. Pogoda była lepsza, choć wiatr znów dawał się we znaki, a ja walczyłam z potwornym bólem głowy. Podróż minęła jednak sprawnie. Jestem przeszczęśliwa, że udało się to wszystko zorganizować i że byliśmy wszyscy razem – całą trójką plus Leoś – po raz pierwszy od wielu lat. Nacieszyłam oczy, zobaczyłam ogromne mewy chodzące po osiedlach i plaży, i wracam z nową energią.

Podsumowanie wyjazdu:

Nie piłam wymaganej ilości wody, ale zrobiłam bardzo dużo kroków.
Nie żywiłam się najzdrowiej, ale takie wyjazdy nie są od liczenia kalorii.
Jedyna przykrość to zgubiona bransoletka od męża, której nie udało mi się odnaleźć – bolesna strata, ale może mąż stanie na wysokości zadania przy najbliższej okazji i kupi mi nową, na którą będę bardzo uważać!
Dziękuję wam bardzo za uwagę i za śledzenie mnie przez te 30 dni! Na podsumowanie całego wyzwania nawyków zapraszam w osobnym poście. Teraz będę skupiać się bardziej na artykułach, przepisach i nowościach dla Was. Dziękuję z całego serca!