Dzień nr 17
Po kilku dniach rzetelnego, intensywnego treningu i biegania, mój organizm wysłał mi jasny komunikat: czas na pauzę. Znam siebie na tyle dobrze, że wiem, kiedy ambicja musi ustąpić miejsca rozsądkowi. Dzień 17. stał się więc podręcznikowym świętem regeneracji – takim, w którym odpoczywa nie tylko ciało, ale przede wszystkim głowa.
A że w planach miałam też trochę „urzędowego” biegania po mieście, postanowiłam połączyć pożyteczne z przyjemnym i zacząć ten dzień od absolutnego resetu.
Zanim ruszyłam w miasto załatwiać formalności, pojechałam w miejsce, w którym nie byłam chyba od dwudziestu lat – do Parku Źródliska w Łodzi.
Często szukamy wrażeń daleko, zapominając o perełkach ukrytych tuż obok nas. Ten powrót po latach okazał się strzałem w dziesiątkę. Przepiękny, nostalgiczny klimat, wszechobecna zieleń, urokliwe stawy, pływające kaczki i radosny śmiech biegających dzieci stworzyły przestrzeń idealną. Spacerując tam, poczułam tak potężny przypływ dobrej energii, że urzędowa rzeczywistość przestała być jakimkolwiek wyzwaniem.
Żeby sił starczyło na długo, dzień rozpoczęłam od konkretnego paliwa. Moje śniadanie miało solidne 800 kalorii i była to absolutna kulinarna rozkosz: placki bananowe z czekoladą, kremem z odżywki białkowej i świeżymi owocami. Trzymały mnie syta aż do popołudnia! W tym samym parku nagrałam też dla Was film, w którym opowiadam trochę o sobie – zajrzyjcie koniecznie, jeśli chcecie poznać mnie bliżej.
Po południu przyszedł czas na oficjalną część dnia – wizyty w urzędach związane z nowym zatrudnieniem. Zamiast stresu i biurokratycznych ścian, spotkałam na swojej drodze wyjątkowo życzliwych ludzi. Wszystko poszło gładko, sprawnie i bez zbędnych nerwów.
Do domu wróciłam tuż po 15:00. Lekki głód szybko ustąpił miejsca domowym obowiązkom, a w nagrodę za cały dzień zaserwowałam sobie domową pizzę. Dwa dobrze skomponowane, sycące posiłki w ciągu całego dnia w zupełności wystarczyły. Prawdziwa uczta dla podniebienia!
Środa w moim tygodniowym planie ma swoją świętą tradycję – to dzień pielęgnacji. Choć czas był mocno okrojony, nie odpuściłam swoich małych rytuałów. Maseczki, peelingi i chwile relaksu przed lustrem to momenty, kiedy dbam o siebie w zupełnie inny sposób.
A ponieważ dzień bez akcentu na świeżym powietrzu to dla mnie dzień stracony, popołudniowy brak wspólnego spaceru z Leosiem (którego zastąpiła córka) nadrabiałam wieczorem. Wybrałam się na moje ukochane Stawy Jana.
Powolny zachód słońca nad wodą, cisza i głęboki oddech to najpiękniejsza kropka na „i”, jaką mogłam postawić na koniec dnia
Dzień siedemnasty udowodnił mi po raz kolejny, jak ogromną moc ma świadome zatrzymanie się. Spędzenie połowy dnia w otoczeniu zieleni – nawet w miejskim zgiełku – potrafi zdziałać cuda dla psychiki.
Jeśli macie taką możliwość, zwłaszcza zbliżając się do kolejnego weekendu – wybierzcie się na spacer tam, gdzie jest ciszej. Pooddychajcie, oderwijcie się od ekranów i popatrzcie na to, co Was otacza. To czas dający niesamowicie dużo refleksji i upragnionego spokoju.
Dodaj komentarz
Komentarze