Dzień nr 12

Piątek, piąteczek, piątunio i... nocna pobudka! 
No witam! Znowuż piątek, piąteczek, piątunio – to już drugi raz, kiedy tak się z Wami witam. Dzisiaj pogoda dopisała zdecydowanie bardziej i miałam wrażenie, że świt zaczyna robić się trochę wcześniej.

Nie mam wymówek i nic na swoje wytłumaczenie... No, może poza jedną. Obudziłam się razem z mężem o 2:30, kiedy wstawał do pracy (wyjątkowo ma teraz trudniejszy tydzień i musi jeździć dwa godziny wcześniej niż normalnie). I wyobraźcie sobie, że o tej 2:30 byłam tak wypoczęta i świeża, że serio myślałam, żeby od razu iść biegać! Próbowałam zasnąć przez te 45 minut, aż mąż wyjdzie, ale nic z tego nie wyszło. Kiedy o 5:00 zadzwonił budzik – czyli wtedy, kiedy faktycznie udało mi się na moment przysnąć – myślę, że ciężarówką nie zepchnęliby mnie z łóżka!

Zobaczcie, jaka to różnica. Człowiek po zaledwie kilku godzinach ciągłego snu jest lepiej zregenerowany niż po dłuższej, ale przerywanej przerwie. Tak jak pisałam w moim artykule o perimenopauzie, taki niespokojny sen potrafi nas mocniej wybić z rytmu niż krótszy, ale głęboki i nieprzerwany. Przespałam ok. 5,5 godziny bez ani jednej pobudki i funkcjonowałam zupełnie inaczej. To kolejny dowód na to, jak ważny jest sen – niewyspany człowiek od razu łapie apatię i niechęć do świata.

Odpuszczanie to też sztuka dbania o siebie 🛋️
Oczywiście na bieganie nie poszłam. Stwierdziłam, że skoro czuję w mięśniach wczorajsze, fantastyczne rozciąganie z Eleni Fit, a dzisiaj czeka mnie mnóstwo obowiązków, prania, domowych spraw i porządków, to wybiorę dom. Przez pierwsze pół dnia praktycznie nie byłam w ogóle na telefonie – poza dwoma szybkimi kontaktami z mężem. Wyłączyłam się zupełnie i skupiłam na innej pracy.

Pamiętajcie: odpuszczanie to sztuka pielęgnacji i dbania o siebie. Nie zawsze wszystko musi być perfekcyjnie, a świat się nie zawali, jeżeli czegoś dzisiaj nie zrobimy. Życie potrafi rano zweryfikować nasze plany, dlatego warto zostawić sobie w głowie przestrzeń na to, że wymyślony grafik może się rozsypać. Mając tę przestrzeń, unikamy mnóstwa frustracji i nerwów. I wcale nie jest mi z tym przykro!

Rano tradycyjnie ruszyłam na spacer z Leośkiem. Nie mam pojęcia, co mu się dzieje, ale cztery razy wchodziliśmy w kółko wokół tego samego bloku! Ewidentnie czuł jakąś panienkę i nie mógł jej namierzyć – chodził, węszył i szukał. Przez to krążyliśmy ze 40 minut.

Plus był taki, że miałam mnóstwo czasu na rozejrzenie się wokół. Zauważyłam cudowną jarzębinę i – tak jak w przypadku żołędzi – przypomniałam sobie, jak bardzo takie rzeczy zachwycały moją córcię, kiedy była mała i potrzebowała jesiennych gadżetów do szkoły. Piękne kolory jesieni powoli wplatają się w zieleń, która jeszcze walczy, by przetrwać jak najdłużej. Cudowny, rześki, słoneczny poranek!

Śniadanie mistrzów i potężna dawka kroków 
A co dzisiaj zjadłam? Na śniadanie miałam ogromną ochotę na naleśniki. Zrobiłam dwa z mąki orkiszowej – w zupełności wystarczają.

Do środka poszedł biały serek rozgnieciony z ksylitolem i aromatem waniliowym oraz jeżynki.
Mistrzem okazał się polew zrobiony z 10 g odżywki białkowej i 10 g masła migdałowego, dzięki czemu podbiłam ilość białka (a nawet nie trzeba było tego dosładzać!).
Naleśniki smakowały wybornie i były tak syte, że trzymały mnie bez problemu aż do obiadu. A przy okazji, dzięki porannemu bieganiu wokół bloku z Leośkiem, już o godzinie 12:00 na moim liczniku było 11 000 kroków! Uważam, że to niezwykle produktywny początek dnia.

Witaminowy szot i azjatyckie mistrzostwo na obiad 
Zaraz po południu wypiłam porcję zdrowia. Koktajl wyszedł dzisiaj czerwony, bo buraczek całkowicie zabił cudowną zieleń szpinaku i pietruszki! Jak zawsze wzbogaciłam go olejem lnianym i kolagenem – taki wspaniały, odżywczy szot (choć wypity nieco później, bo tuż po 12:00, a staram się robić to koło 11:00).

A na obiad? Przyznaję się szczerze: to przepis, który wczoraj przypadkiem podpatrzyłam na YouTubie w kuchni Lidla – azjatyckie klopsiki podane w formie bowla z makaronem. Musiałam to zrobić, bo kocham te chińsko-koreańsko-japońskie smaki! I było to szalenie interesujące. Świeże warzywka w połączeniu z sosem słodko-kwaśnym, sosem teriyaki i klopsikami nafaszerowanymi imbirem, czosnkiem, chili i dymką, skropione limonką i posypane sezamem... Bajka, naprawdę bajka!

Pamiętajcie: sezam to bardzo zdrowe tłuszcze, warto włączać je do dań azjatyckich, owsianek czy sałatek.

Przy okazji przetestowałam odkrycie – makaron konjac. W całym opakowaniu ma zaledwie 12 kalorii, więc w zasadzie nie trzeba go nawet wliczać do bilansu! Pozwala fantastycznie się nasycić bez dodatkowych kalorii. Oczywiście nie jest to produkt wysokowartościowy pod kątem odżywczym, więc fit-dziewczynki z internetu, które zastępują nim pełnowartościowe kasze czy makarony pełnoziarniste, robią błąd. Ale jako alternatywa, kiedy na śniadanie „przegniemy” z białkiem i węglowodanami i chcemy lżejszego obiadu – albo jako dodatek do zupy w stylu chińskim – sprawdza się fantastycznie. Wszystko z głową i z zachowaniem makroskładników w diecie!

Nie ukrywam jednak: obiad wyszedł po prostu mistrzowski.

Na kolację no to już poleciałam z wyobraźnią maksymalnie w tym tygodniu. Strasznie miałam ochotę na makrelę w sosie pomidorowym. A wiem, że to nie jest ani produkt instagramowy, ani popularny, wręcz nawet taki do podśmiewania się, bo kto dzisiaj je przy tylu rzeczach fit dostępnych w sklepie puszkę z makrelą?

Dlaczego warto sięgnąć po rybę z puszki?
No umówmy się:

Po pierwsze, to jest pyszne.
Po drugie, to fantastyczne wspomnienie dzieciństwa.
Po trzecie, to mega wartościowy produkt, bo zawiera mnóstwo kwasów omega.
Jednak jest to ryba, którą – tak jak wspominałam jednokrotnie – powinno się włączać do menu kilka razy w tygodniu.

Przepis na moją kolacyjną grzankę
Więc żeby nie było tak zupełnie prosto, to zrobiłam z tej makrelki fantastyczną pastę na kanapki z dodatkiem cebulki i kiszonego ogórka, podaną na takich ciepłych grzankach z żytniego chlebka.

Efekt? No weszło mistrzowsko, naprawdę fantastyczna rzecz!


Nie wstydzę się jedzenia takich produktów. To nie jest byle jaka konserwa, jakaś mielonka i takie różne rzeczy, czy pasztet, który ma mięsa w mięsie – no umówmy się – tam ze 20%. Polecam wam jeść czasami takie produkty. Myślę, że będę to przemycać częściej.

Chodzą za mną również szprotki i to też jest mega wartościowy produkt, zwłaszcza jedzony w całości, czyli z tym kręgosłupem. No ale to przy jakiejś najbliższej okazji.

Życzę wam miłej nocy i liczę jutro na dobrą pogodę. No, pozdrawiam was!

A czy Wy macie swoje ulubione "nie-instagramowe" smaki, do których chętnie wracacie?

Dodaj komentarz

Komentarze

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.