Dzień nr 15
No witajcie serdecznie!
Przychodzę z podsumowaniem dnia 15 – jesteśmy już na półmetku mojego 30-dniowego wyzwania. Poniedziałek zaczął się po prostu świetnie! Kolejny dzień z rzędu udało mi się pokonać porannego leniuszka i pójść pobiegać, mimo że pogoda zupełnie nie nastrajała. Cieszę się, że to zrobiłam, bo energia dopisywała mi do tego stopnia, że w ciągu dnia zrobiłam jeszcze trening typowo siłowy z hantlami, który trwał co prawda nieco ponad trzydzieści minut, ale jak to mówią – lepsze to niż nic! Bardzo się cieszę, że znalazłam na niego czas i ochotę. Dzień minął niezwykle aktywnie, a liczba kroków, którą ostatnio wyrabiam, to absolutne mistrzostwo świata. Sama sobie czasem zazdroszczę i nie wierzę, że w ciągu jednego dnia jestem w stanie zmieścić i zrobić tak wiele.
Po porannym bieganiu zjadłam owsiankę – jak to praktycznie zawsze na śniadanie. Tym razem postawiłam na inspirację Raffaello: z wiórkami kokosowymi, masłem migdałowym i dodatkiem budyniu, dzięki czemu wyszła niesamowicie kremowa, przepyszna i cieplutka. W ten chłodny poniedziałkowy poranek weszła po prostu idealnie. Do tego przygotowałam domowy „kisiel” z zamrożonych wiśni: wrzuciłam je do garnuszka, dodałam ksylitolu, odrobinę wody i zaledwie łyżeczkę mąki ziemniaczanej. Cała ta wielka micha jedzenia zamknęła się w granicach nieco ponad 500 kalorii, a smakowała jak mistrzostwo świata. Nie wiem, co się ostatnio dzieje z moim gotowaniem – czy wrócił mi dawny smak, czy po prostu głowa jest pełna inspiracji i radości z tego, co robię, ale śniadania wychodzą mi rewelacyjnie.
Po solidnym śniadaniu musiałam ogarnąć codzienne zakupy: pieczywo, świeże warzywa, żeby uzupełnić zapasy po weekendzie. Dzień od samego rana był bardzo zabiegany. W międzyczasie odbył się oczywiście spacer z Leonkiem. Maluch testował chodzenie po plaży i byłam bardzo ciekawa, czy będzie bał się wejść do wody. Ostatecznie strach okazał się silniejszy i do wody nie wszedł, ale miałam niesamowity ubaw, patrząc, jak to małe stworzonko bada otaczający świat. Uwielbiam te momenty obserwowania jego ciekawości .Dzięki ostrzeżeniu mojego męża o zbliżającej się nawałnicy udało nam się zdążyć do domu w ostatniej chwili. Faktycznie lunęło niemiłosiernie! Byłam ogromnie szczęśliwa, że zdążyliśmy, choć tuż pod klatką deszcz zdążył mnie już trochę złapać – ale daliśmy radę. Na obiad zjadłam faszerowanego batata. Wrzuciłam go wcześniej do piekarnika, a na patelni przygotowałam sos a la boloński z dużą ilością ziół oraz cheedarem. Wszystko razem połączyło się w przepyszne danie, po którym najadłam się do syta .Na kolację, mając w lodówce otwartego tuńczyka, zrobiłam pastę z dodatkiem jajka na kromce świeżego chlebka, podaną ze świeżym pomidorem. Kolacja była przepyszna i trafiła w absolutnie moje ulubione smaki.
A z takich miłych drobiazgów – gdy idę na spacer, zdarza mi się kupić zdrapkę. Wczoraj wydrapałam 5 zł! Chyba wkrótce będę bogata :)
Kolejny dzień z rzędu całkowicie zrezygnowałam z wieczornego siedzenia w telefonie i sięgnęłam po książkę]. Wracam do niej już w sumie trzeci raz – to genialna pozycja autorstwa nieżyjącej już, cudownej Agnieszki Maciąg zatytułowana „Menopauza”. Książka ta jest niezwykle na czasie i pomaga mi odświeżać oraz pogłębiać wiedzę. Posiadam ją chyba od roku lub półtora i studiuję już po raz trzeci. Kiedy wczoraj ją otworzyłam, zauważyłam, że po poprzednich czytaniach mam powkładane mnóstwo karteczek z ważnymi rzeczami. Bardzo chętnie do niej wracam, by móc odświeżać swoją wiedzę i dzielić się nią z Wami .Nie ukrywam, że książki Agnieszki Maciąg wywarły na mnie ogromny wpływ w bardzo trudnym okresie życia. Przeczytałam chyba 12 tytułów, które mam w domu, a na pozostałe wciąż poluję – zwłaszcza teraz, po jej odejściu, te książki stają się jeszcze cenniejsze. Ceny w internecie szaleją, ale są to pozycje szalenie inspirujące, wyciszające, dające do myślenia i przynoszące głębokie wewnętrzne ukojenie oraz spokój. Gorąco Wam je polecam! Pierwsza książka o menopauzie była u mnie całkowitym przełomem w sposobie myślenia o tym stanie. Kolejne to m.in. „Przebudzenie”, „Słowa mocy” czy fantastyczne „Rozmaryn i róże”. Czyta się je lekko i przyjemnie, idealnie na wieczór. I tak oto odpłynęłam – w pewnym momencie odcięło mnie tak bardzo, że zdążyłam tylko włożyć zakładkę, zamknąć książkę i pójść spać...
Tyle z tego pięknego dnia. Zapraszam Was na jutro na kolejny inspirujący dzień. Do zaczytania :)
Dodaj komentarz
Komentarze